sobota, 26 października 2013

Część 3


Cholera. Proszę, niech to nie będzie prawda – pomyślałam, pocierając nerwowo kciukiem o knykcie drugiej, nieco jeszcze skostniałej dłoni.  Zasnęłam w szkolnym kiblu, wspaniale. Poziom mojego idiotyzmu czasami zadziwia mnie samą.
Z lekką trudnością podniosłam się z zimnej podłogi i chwytając plecak czym prędzej opuściłam pomieszczenie. Zegar wiszący na jednej ze ścian korytarza wskazywał kilka minut przed siedemnastą, co oznaczało, że lekcje skończyły się dobre dwie godziny temu. Zaciskając szczękę zbiegłam po schodach na sam parter, a potem prosto do wyjścia. Odetchnęłam z ulgą gdy zdałam sobie sprawę z tego iż drzwi nadal są otwarte. Dzięki Bogu choć odrobina szczęścia dopisała mi tego dnia.
Przemierzając już spokojnym krokiem betonowy plac przed budynkiem omal nie zachłysnęłam się „świeżym” jak na miejskie warunki powietrzem. Jesienny wiatr smagał mnie po twarzy, bawiąc się także we fryzjera. Jego zimno już teraz przenikało przez materiał narzuconego w biegu płaszcza, a od domu dzielił mnie jeszcze spory dystans.
Mimo tej panującej wokoło aury konającej natury, a może właśnie dzięki niej, uwielbiałam nowozelandzką jesień. Fascynował mnie ten coroczny cykl życia i śmierci, poza tym wokoło pełno było moich ulubionych kolorów. Parki mieniły się w odcieniach brązu i żółci, a centrum miasta w którym przyszło mi żyć – New Plymouth, wszystko wydawało się być szare, nawet jeśli każdą wolną przestrzeń pokrywały różnokolorowe, przyciągające wzrok reklamy, a ruch uliczny tętnił życiem. W tym momencie przyszło mi właśnie przedzierać się przez miejską dżunglę pełną zwierząt gatunku ludzkiego. To chyba jedne z najbardziej okrutnych znanych mi istot, jednak z bólem serca muszę zaliczyć się do ich rasy.
W zadowalająco szybkim tempie udało mi się przebrnąć przez niezliczoną ilość przejść dla pieszych, nie zapominając jednak przy tym o zasadach dyktowanych przez sygnalizację świetlną. Odetchnęłam spokojnie, widząc już na znakach nazwę mojej ulicy. Jeszcze tylko parę metrów dzieli mnie od błogiego spokoju. Kilka godzin sam na sam ze sobą to jedyne o czym marzę w obecnej chwili. Wygrzebałam z kieszeni komplet kluczy, wspinając się po paru starych i nieco już startych schodach. Wybrałam odpowiedni i wsadziłam go do zamka, próbując przekręcić, jednak nie udało mi się to.
- Co jest? – zapytałam sama siebie po cichu, naciskając klamkę. Otwarte. Powolnym krokiem, starając się być jak najciszej weszłam do środka. W przedpokoju wszystko wyglądało tak, jak należy, jednak postanowiłam przemierzyć dalsze zakątki domu. Dopiero w kuchni natknęłam się na damską sylwetkę pochyloną nad zlewem.
- Mamo? Och Mój Boże, przestraszyłaś mnie… - westchnęłam, przeczesując palcami niesforne włosy. - Nie jesteś dziś w pracy?
- Byłam, ale wreszcie skończyliśmy ten ważny projekt, o którym ci mówiłam i szef pozwolił nam wszystkim wyjść wcześniej. – uśmiechnęła się pod nosem, wycierając umyty przed chwilą talerz. – A ty dlaczego wróciłaś dziś później? – zmrużyła powieki, przyglądając mi się.
- Zostałam dziś na dodatkowych zajęciach z matematyki, a potem uciekł mi autobus i musiałam iść pieszo. – skłamałam, ale właściwie nie miałam pojęcia, jak wytłumaczyć ten fakt inaczej.
- Och, to dobrze, nauki nigdy za wiele. – radość w jej głosie przyprawiła mnie o odruchy wymiotne, które na szczęście udało mi się stłumić zanim cokolwiek zauważyła.
- Wiesz, nie czuję się najlepiej, może pójdę do siebie i spróbuję zasnąć choć na chwilę. – wymamrotałam bez jakiegokolwiek uczucia w głosie.
- Idź, idź, faktycznie wyglądasz dość blado. Ale jak już wstaniesz, nie zapomnij odrobić lekcji! – krzyknęła jeszcze do mnie po tym, jak odwróciłam się na pięcie i leniwie przeszłam do swojego pokoju.
Gdy już do niego weszłam, od razu rzuciłam się na łóżko, którego rano nawet nie zaścieliłam, gubiąc gdzieś po drodze plecak. Następną czynnością, jaką wykonałam, było podłączenie telefonu do ładowarki. Już wtedy po moich policzkach płynęły pierwsze słone łzy. Gdy zadanie zostało wykonane, zakryłam się pastelowo-zieloną kołdrą aż po czoło i nie udając twardej, po prostu rozpłakałam się na dobre.  Po chwili przerodziło to w spazmatyczne łkanie, które próbowałam jednak ostatkiem sił powstrzymać, zagryzając wargi. Miałam świadomość, że w każdej chwili mama może wszystko usłyszeć, a ja nie miałam w sobie już na tyle wytrzymałości, by oprzeć się jej pytaniom, by wymyślić kolejne kłamstwo. To ponad mnie.
Gdy włączyłam telefon, na ekranie rozbłysło powiadomienie o kilku nieodebranych połączeniach. Choć byłam tego prawie pewna, sprawdziłam jednak kto dobijał się do mnie tak usilnie. Nick, nie tym razem, chłopcze. Nie mam ochoty rozmawiać z kimkolwiek i niestety – zaliczasz się do tego skromnego grona.  Ze spuchniętą twarzą, zaburzonym widzeniem i tym cholernym Brytyjczykiem na myśli pozwoliłam, by ogarnął mnie błogi w tym momencie sen.
Prawdopodobnie stan mojego umysłu i ogólne wyczerpanie sprawiło, iż żaden omam senny nie nękał mnie tym razem. Cóż za miła odmiana, prawda? Jednak to wcale nie sprawiło, że obudziłam się szczęśliwsza. Dlaczego? Dlatego, że wycie mojego dzwonka wyrwało mnie z owego rozkosznego stanu.
- Słucham. – przyłożyłam urządzenie do ucha,  z powrotem opadając na poduszkę.
- Jane? Nareszcie odebrałaś. – ze świstem wypuścił powietrze z płuc.
- Przepraszam, ucięłam sobie drzemkę i jakoś tak wyszło. – usiłowałam zmienić głos na możliwie najbardziej beztroski i radosny. – Czemu zawdzięczam twój telefon?
- Nasza poprzednia rozmowa zakończyła się dość… - zamyślił się na moment.  – Nietypowo. Miałaś się do mnie odezwać. Czekałem, bojąc się, że coś ci się stało. – dopowiedział, ściszając powoli głos.
- Wiem, przepraszam. Bateria mi padła, a w szkole musiałam się rozłączyć, bo… Zadzwonił dzwonek na lekcję. Tak, musiałam iść. – wyjąkałam, w duchu gratulując sobie doboru słów. – Wiesz co, teraz też nie mogę rozmawiać, rozmowy międzynarodowe kosztują, sam wiesz Nick. Odezwę się później na skype, obiecuję. - przeciągnęłam nieco ostatni wyraz, by nadać mu większej mocy przekonywania.
- Och, wiem, wiem. Ale poczekaj moment. Albo miej teraz telefon obok siebie, dobrze? – ton jego głosu zdradzał, że bardzo mu na tym zależy.
- Dobrze, ale właściwie po co? – instynktownie zmarszczyłam brwi.
- Nie ważne, po prostu miej go przy sobie. Do usłyszenia, słońce. – usłyszałam, po czym głucha cisza zapanowała po drugiej stronie.
Leżałam tak z głową wolną od jakiegokolwiek rodzaju myśli, gdy komórka leżąca obok zawibrowała. Wiadomość? Och, na szczęście tylko od operatora.  Przesunęłam kilkukrotnie palcem po ekranie i odczytałam ją leniwie. Chwileczkę, to chyba jakiś błąd. Ponownie prześledziłam tekst, tym bardziej o wiele uważniej.

Nick? Nick?!  N I C K ! Nie wiem kiedy i w jaki sposób, ale ten człowiek zapewne uderzył się kiedyś w głowę i to dość mocno.  Niewiele myśląc, wysłałam mu wiadomość z „podziękowaniem”


Być może to nietaktowne z mojej strony, ale nie powinien był tego robić. Nigdy, niezależnie od sytuacji. Po chwili otrzymałam odpowiedź, więc szybko wystukałam na klawiaturze wiadomość zwrotną.


Ta konwersacja zajęła nam jeszcze chwilę i szczerze, nie wniosła niczego nowego do obecnej sytuacji. Dwudziestoletni mężczyzna o umyśle przedszkolaka, od co. A jednak udało mu się choć trochę poprawić mój humor.
Niechętni dźwignęłam się z łóżka i prawie nie odrywając stóp od podłogi przemierzyłam odległość, jaka dzieliła mnie od biurka.  Gdy dotarłam do celu, włączyłam komputer i wyjęłam z plecaka leżącego dotąd obok krzesła, komplet potrzebnych mi zeszytów.  Rozłożyłam je i z bezradnością przeczytałam temat pracy domowej, jaką miałam wykonać. Poddając się, włączyłam przeglądarkę i wpisałam w wyszukiwarkę cały temat w nadziei iż znajdę jakiegokolwiek gotowca. Porażka, w całym potężnym internecie nikt nigdy nie pisał referatu. Po zalogowaniu się na skype, od razu rozbrzmiała irytująca melodia, oznajmiająca, że ktoś próbuje nawiązać ze mną połączenie. Oczywiście odebrałam je, nawet się nad tym nie zastanawiając – nie warto.
- Nick, pomóż mi – jęknęłam przeciągle do mikrofonu.
- Czyżby wspaniała i samodzielna Jane nie radziła sobie z czymś? Co jest na tyle trudne, że pokonało ciebie, madame?  - najwidoczniej wyśmiał mnie bezczelnie, ale nie miałam mu tego za złe.
- Referat. – pociągnęłam nosem, udając, że płaczę.
- Masz szczęście, lubię angielski. – zaśmiał się, lecz tym razem już nie drwiąco, a radośnie.
- Jesteś dziwny. – stwierdziłam, jak gdyby to nie było jasne.
- Dziękuję, ty również. A teraz powiedz mi, o czym konkretnie musimy napisać?
- Musimy?  - zdziwiłam się.
- Przecież cię z tym nie zostawię, słoneczko. – westchnęłam głośno, słysząc jak ponownie nazywa mnie w ten sposób.  

„Słoneczko”

niedziela, 13 października 2013

Część 2

Dziękuję za ponad 1K wyświetleń, jesteście genialni! 
***

- Jane, skarbie. Odbierz proszę. – przeczytałam powoli. Tuż nad wiadomością widniała informacja o próbie nawiązania połączenia.  I znów zadzwonił.  Tym razem odebrałam nie myśląc nawet o tym, co chciałabym mu powiedzieć, co chciałabym usłyszeć…
- Nareszcie. – usłyszałam ten wspaniały głos i uśmiechnęłam się pod nosem.
- Ciebie też miło słyszeć, Nick. – zachichotałam.
- Uhm, tak, Nick… - wyszeptał jakby rozczarowany.
- Coś się stało?
- Nie nic, po prostu za mną ciężki dzień. – westchnął głęboko.
- Opowiesz mi? – przyłapałam się na robieniu szczeniaczej miny do monitora. Co ze mną nie tak?!
- Naprawdę Cię to interesuje, czy chcesz być miła? Wiesz, że nie musisz. – z jego ust zabrzmiało to całkiem poważnie, ale założę się, że z takim głosem nawet opowiadając o  krasnalach brzmi serio.
- Interesuje mnie. – starałam się powiedzieć jak najbardziej przekonująco.
- Musiałem załatwić dziś kilka rzeczy związanych z trasą. – zabrzmiało, jakby skończył wypowiedź. - Mojego brata, trasą mojego brata.
- Jak to? – Nick nigdy nie opowiadał mi o swojej rodzinie, miałam więc prawo być zaskoczona.
- O jest… - zamyślił się na moment. -  Geniuszem skrzypiec. – dokończył z wyraźną ironią w głosie. – A przynajmniej mama tak go określa. Za kilka miesięcy rusza w trasę po całym kraju. – każde słowo chłopaka nie było do końca pewne, czułam to.
- Skąd to wahanie w twoim głosie? -  być może nie powinnam pytać, ale to zdanie samo wyciekło z moich ust.
- Bo cała ta sprawa nie jest jeszcze pewna. Mówię przecież, że dopiero wszystko razem z mamą załatwiamy.  Nigdy nie pomyślałbym, że aż tyle przy tym zachodu. – wypuścił ze świstem powietrze z ust.
- Och, a nie myśleliście nad jakimś menadżerem, czy czymś w tym rodzaju? Skoro jego kariera nabiera tępa, to chyba dobre rozwiązanie. – stwierdziłam niepewnie nie chcąc się narzucać. W końcu to nie moja sprawa, nikt nie prosił mnie o komentarz.
- Myślisz, że o tym nie myślałem? – zaśmiał się drwiąco. -  Tyle, że od samego początku mama mianowała się menadżerem i za nic w świecie nie mogę jej tego wybić z głowy. Widzę, że sobie nie radzi, dlatego staram się jej pomagać. Ale nie będę się użalać, gorsze zajęcia mogły mi się trafić. A twój dzień? Jak minął? – nagle jego głos niesamowicie się rozpogodził. Nie potrafiłam niestety wyczytać z niego, czy to szczery entuzjazm, czy po prostu przybiera taką maskę, nie chcąc ciągnąć tematu.
- Właściwie tak jak zawsze. Szkoła, dom, praca, dom… No może poza tą chwilą grozy, gdy do mnie napisałeś. To nie było takie typowe.
- Naprawdę cię przestraszyłem?
- Nawet nie wiesz jak bardzo!  Nie pamiętam, kiedy ostatnio przeżyłam taki szok. – zaśmiałam się, sama do siebie gestykulując dłońmi.
- Ummm – mruknął przeciągle. – Wiesz, że nie chciałem. Gdybym wiedział, że tak zareagujesz… Zapewne i tak bym to zrobił. – słysząc jego słowa wybuchłam niepohamowanym śmiechem, po chwili zdając siebie sprawię z tego, iż głos po drugiej stronie zamarł.
- Nick? Dlaczego nic nie mówisz? – zapytałam nadal wesołym tonem.
- Lubię twój śmiech. – wypalił nagle.
- I nie uważasz, że brzmi jak koza lub coś w tym rodzaju?
- Przykro mi, daleko ci jeszcze do kozy. Czemu właściwie przyszło ci to do głowy?
- Słyszałam już kilkukrotnie taką i inną opinię na mój temat. Ogólnie sporo słyszałam.
- Jak to? Jane, czy coś się dzieje? Ktoś jest dla ciebie niemiły? – usłyszałam troskę w jego głosie.
- To liceum, Nick, zawsze znajdzie się ktoś, kto cię nie lubi, nawet jeśli nie ma ku temu podstaw. Wiem, że tego nie zmienię i nawet nie próbuję. Nie mam ochoty na walkę z wiatrakami.
- Nie możesz się tak poddawać, skarbie. Przecież oboje wiemy, że nie zasługujesz na żadne złe słowo.
- To twoja wersja. – zaśmiałam się bezradnie. – Możemy skończyć ten temat?
- Nie, nie możemy.  Słuchaj, jeśli masz jakiś problem i chciałabyś z kimś pogadać, to zawsze możesz się z tym zwrócić do mnie. Zrobię wszystko, by ci pomóc, a jeśli nie będę mógł, to chociaż się komuś wygadasz. Pewnie masz od tego sporą grupę przyjaciółek, ale wiem, że inaczej rozmawia się z kimś, na kogo nie trzeba potem patrzeć codziennie…  - odetchnął głęboko.
- Czy uważasz, że gdybym miała przyjaciółki, spędzałabym cały wolny czas sama we własnym pokoju?- zapytałam retorycznie. – Ale to miłe, co mówisz, Nick. Dziękuję.
- Wiesz Jane, nadal nie mogę rozgryźć jakim typem człowieka jesteś. Nie wydajesz się być samotnikiem, a jednak mówisz, że prowadzisz odosobniony tryb życia.
- Może jestem odludkiem, ale na pewno nie z wyboru. – westchnęłam ciężko po raz kolejny.  – Chociaż teraz nie wybrałabym innego życia. Nie chciałabym być jedną z osób, którymi obecnie gardzę.
- Gardzisz popularnością? – moje konstatacje najwyraźniej trochę go zadziwiły.
- Gardzę tym, co popularność robi z człowiekiem.

Kolejny dzień w szkole. Kolejna nudna lekcja. Koleje pogardliwe spojrzenia ze strony innych. Już dawno powinnam się do tego przyzwyczaić, przecież od tak długiego czasu wmawiam sobie w duchu, że tak jest. A jednak coś w mojej podświadomości skutecznie walczy z tą myślą.
-  Jane, czy możesz nam powiedzieć, o czym jest ten wiersz? – nauczycielka spojrzała na mnie znad swoich staroświeckich okularów, jakby zwęszyła łatwą ofiarę.
- Hmm – zamyśliłam się na moment głośno, po raz kolejny szybko przebiegając wzrokiem po tekście. – Wydaje mi się, że jest o nieszczęśliwej miłości autora do wdowy. On nie wie, że ona po prostu boi się ponownie zakochać, by nie stracić ukochanego. Myśli, że kobieta nie odwzajemnia jego uczuć. – skierowałam przerażony wzrok na kobietę. To, że moja logika była dobra, wcale nie oznacza, że ona też tak uważa.
-  Dobrze, Parker, masz plusa. A teraz zróbcie zadanie piąte. – przeniosłam wzrok z powrotem do zeszytu, unikając kontaktu wzrokowego z kimkolwiek z klasy. Nie udało mi się jednak ustrzec przed kilkoma komentarzami. Wychodząc z klasy po dzwonku usłyszałam jeszcze za plecami głośne
- Od kiedy ty, Parker tak się znasz na miłości, co? Przecież wszyscy wiemy, że nikt by cię nawet tknąć nie chciał, a co dopiero kochać. Współczuję twoim rodzicom. – jedna z jadowitych żmij wysyczała w jedynym języku, który zna – chamstwie.  Zaciskając dłonie w pięści przyśpieszyłam kroku i niczym burza wpadłam do damskiej toalety. Ku mojej uciesze jedna z kabin była obecnie wolna, więc nie myśląc wiele zamknęłam się w niej.  Usiadłam w rogu, ledwie mieszcząc się obok muszli i podkuliłam nogi pod siebie.  Nie ważne, jak tępą i podłą osobą jest ta dziewczyna, nie ważne jak bardzo jej nienawidzę… Miała rację. Tym razem skierowała do mnie tylko kilka szczerych słów, więc dlaczego to tak bardzo boli? Pochyliłam głowę do przodu, pozwalając słonym łzom swobodnie spływać w kierunku dyktowanym przez grawitację. Teraz, kiedy jestem sama, mogę sobie być tak słaba, jak tylko chcę. Teraz, kiedy nikt mnie nie widzi, mogę robić rzeczy, na które tylko mam ochotę. Z tą myślą dudniącą w czeluściach umysłu wsunęłam dłoń w najmniejszą kieszeń plecaka, stojącego obecnie na zamkniętej muszli. Wyjęłam z niej pudełeczko w kształcie walca i odkręciłam górną jego część, po czym przechyliłam nieco, pozwalając zawartości wysypać się na moją dłoń. Kilka połyskujących kapsułek zabrzęczało jakby niecierpliwiąc się po zetknięciu z moją bladą skórą. Wyglądały na niej całkiem ładnie, ale nie tam było ich miejsce. Wzdrygnęłam się nieco, słysząc dzwonek gdzieś w oddali. Och, nieważne. Jeśli ktokolwiek zauważy moją nieobecność, pomyśli pewnie, że poszłam do domu. Jednym ruchem przeniosłam pastylki do ust, rozkoszując się ich słodką powłoką, wiedziałam jednak, że ten efekt minie zaraz, a jego miejsce zajmie gorzki smak leku, dlatego czym prędzej ponownie zanurzyłam dłoń, tym razem w większej przegrodzie i wydobyłam stamtąd butelkę wody mineralnej. Choć zakrętka była dość mocno przymocowana, całkiem szybko udało mi się z nią uporać. Czym prędzej przyłożyłam dziurę w szyjce do ust i pociągnęłam łyk, uważając, by się nie zakrztusić. Gdy chłodne uczucie zawładnęło moim przełykiem oraz dalszą częścią układu pokarmowego, odetchnęłam z ulgą. Ta chwila, to pragnienie dręczyło mnie już od kilku długich i żmudnych dni. Teraz, gdy uległam pokusie wcale nie żałuję.
Nie wiem ile czasu siedziałam tam, myśląc właściwie o niczym, ale gdy wyjęłam z kieszeni telefon, dosadnie mówił mi, iż upłynęło dokładnie szesnaście minut lekcji. Co prawda ciężko było mi odczytać ten fakt z ekranu, gdyż całe pole widzenia zaczęło się lekko rozpływać, a dłoń trzęsła się niemiłosiernie i za nic nie mogłam tego opanować, ale było jeszcze na tyle „dobrze”, że dopięłam swego. Brawa dla mnie! Uśmiechnęłam się pod nosem, opierając głowę o zimne kafle pokrywające ścianę. Ta niemoc, którą właśnie czułam, to całkiem miłe uczucie. Gdybym miała polecić to komukolwiek, zapewne bym to zrobiła. I tak wszyscy uważają mnie za dziwaczkę, co za różnica, jak bardzo nienormalną?
Nagle moja noga zaczęła się trząść. Zmarszczyłam brwi, nie dowierzając lekko, po czym przesunęłam dłonią wzdłuż uda. Och, to mój telefon!  Mozolnym ruchem wydobyłam go z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz, chcąc wiedzieć co się właściwie dzieje.
- Słucham? – podniosłam urządzenie do ucha, wciskając wcześniej zieloną słuchawkę.
- Cześć Jane, nie przeszkadzam? Nie jesteś teraz w szkole? – jego głos brzmiał całkiem radośnie.
- Właściwie jestem, ale nie na lekcji. – przymknęłam powieki, czując jak kręci mi się w głowie.
- Brzmisz dość dziwnie. Coś się stało? – skupiłam się intensywnie na tym, co do mnie mówi, po czym przygryzłam wargę, myśląc nad odpowiedzią.
- Nie, wszystko w porządku. Czuję się trochę słabo, ale to przejdzie. – przejdzie, zawsze niestety w końcu przechodzi , dopowiedziałam sobie w myślach.
- Kłamiesz. – potraktowałam to jako pytanie, choć na pewno w jego wypowiedzi nie było ani odrobiny pytającego tonu.
- Czy to ważne? Wszystko będzie ok i to najważniejsze. – wypuściłam głośno powietrze z płuc.
- Co się dzieje, Jane?! – ups, wkurzył się.
- Zadzwonię do ciebie z domu, to nie jest najlepszy moment. – wyszeptałam, czując kolejną porcję łez na swoich policzkach. Dlaczego przerwał mi moją chwilę? Dlaczego ponownie przywiódł mi na myśl te cholerne słowa, które sprawiły, że tu jestem? Dlaczego wybrał akurat ten moment?! To była jedyna chwila, w której nie byłam w stanie myśleć o czymkolwiek i on zepsuł to wszystko. Dzięki Nick.

niedziela, 6 października 2013

Część 1

- Jak odbijasz tą piłkę?! – usłyszałam kilka głosów niosących się po hali, tuż po tym jak po raz kolejny zepsułam serw. Normalnie może i próbowałabym w jakikolwiek sposób się bronić, ale w przypadku równania „Jane + sport” wynikiem zawsze było moje poniżenie i kpiny ze strony równików. Zdążyłam się już po prostu przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy.
Odetchnęłam z ulgą kilka minut nieznośnych tortur później słysząc dzwonek oznajmiający zakończenie zajęć.  Długo modliłam się w myślach o ten moment i najwyraźniej w końcu moje błagania zostały wysłuchane. Dziękując za ten fakt w duchu leniwym krokiem udałam się w stronę szatni, choć tak naprawdę spieszyło mi się do domu. Nie chciałam niestety natknąć się na inne dziewczyny z mojej klasy zmieniające obecnie przepocone stroje. Nie, kontakt z nimi nie jest mi zupełnie do szczęścia potrzebny.
Gdy dotarłam do celu, pomieszczenie faktycznie było już opustoszałe. Rozejrzałam się wokoło w poszukiwaniu swojego plecaka, który wychodząc zostawiłam na ławce. Tak, jak się spodziewałam, po raz kolejny ktoś zrzucił go na ziemię i brutalnymi kopnięciami przesunął w szary, brudny kąt. Dlaczego mnie to nie dziwi? Takie zagrania były w mojej szkole na porządku dziennym i żadna z ofiar, w tym ja, nigdy nie miała odwagi by się temu przeciwstawić. Zagłuszając w duchu uczucie bezradności, wyjęłam ze swojej szafki czarne spornie, które po chwili zastąpiły rozciągnięty dres w niechlubnej roli, jaką było okrywanie dolnej partii mojego ciała. Przyglądając się sobie uznałam, że nie ma potrzeby zmieniania spranej koszulki ozdobionej logiem jakiejś firmy z lat ’80. W domu pewnie i tak zatopię się w ukochanym, rozciągniętym swetrze, kilka dodatkowych minut w wf’owej bluzce nie powinno zrobić różnicy. Rozejrzałam się po raz kolejny wokoło, by mieć pewność że o niczym nie zapomniałam.  Doszłam do wniosku, że wszystko jest ok, więc chwyciłam okryty kurzem plecak i wierzchem wolnej dłoni oczyściłam go trochę, po czym zarzuciłam na ramię kierując się do wyjścia.
Do domu doszłam w dość szybkim tempie narzucanym przez rytm muzyki dudniącej w moich słuchawkach. Z reguły jestem zwolenniczką wolnych, klasycznych brzmień, ale dziś…. Dziś po prostu było mi wszystko jedno. Nie skupiałam się na melodii czy tekście, po prostu chciałam jak najszybciej przekroczyć próg mojego mieszkania.  Gdy już mi się to udało, bezszelestnie przemknęłam korytarzem wprost do swojego pokoju. Normalnie pewnie przywitałabym się z mamą, a ona przypomniałaby mi o tym, że muszę iść dziś do swojej pracy, tak, jakbym sama o tym nie pamiętała, jednak cały obecny tydzień jej firma pracowała nad jakimś ważnym projektem, więc i ona była zmuszona zostawać do późna w pracy. Mój zakaz wychodzenia ze znajomymi jednak skutecznie nadal obowiązywał, bo „Pani Emma” dzwoniła do domu w każdej wolnej chwili by przekonać się, że jej córka nie uciekła lub nie urządziła wielkiej domówki pod jej nieobecność. Woohoo, już widzę te tłumy, które z olbrzymią chęcią odwiedziłyby moje pospolite cztery kąty. O tak, olbrzymie natężenie elity mojej szkoły.
Westchnęłam ciężko, uzmysławiając sobie, że tak naprawdę jedyną istotą żywą, która przepadała za moim towarzystwem była Luna, basset, którego ojciec podarował mi na jedenaste urodziny. No, może nie tylko ona. Wydaje mi się, że Nick również wykazuje pozytywne nastawienie co do mojej osoby, ale w jego przypadku… Cóż, nie mam nawet pewności, że jest tym, za kogo się podaje. To śmieszne, że w końcu znalazł się ktoś, komu mogę powierzyć wiele ze skrytych na dnie duszy uczuć, myśli czy pragnień, a nawet nie wiem jak owa osoba wygląda, czy jak się zachowuje na codzień. Cieszę się, że miałam chociaż okazję usłyszeć jego głos. Ciarki przeszyły moje ciało wzdłuż kręgosłupa, na myśl o tym głębokim, zachrypniętym głosie, jaki posiadał Nick. Och, mogłabym go słuchać w nieskończoność, niezależnie od tego, co mówił. Działał na mnie, z resztą założę się, że działał na wszystkich rozmówców... Właściwie miałam na myśli ich żeńską część.
Nasze rozmowy, te zarówno tekstowe, jak i nie, stawały się powoli codziennością. Choć miały one dość specyficzny, nietypowy charakter, to… chyba właśnie za to je lubiłam.  Dwa, zagubione i nieszczęśliwe umysły łączą siły w nienawiści do świata, ot co.
Rozmyślałam tak o wydarzeniach ostatnich dni, gdy rozbrzmiał alarm mojego telefonu, oznajmiający iż czas już szykować się do pracy. Nie lubiłam jej, ale rodzice uznali, że powinnam uczyć się samodzielności, a ja nie widziałam sensu w sprzeciwianiu się im – i tak w końcu dopięliby swego.
Stanowczo zbyt długo siedziałam bezczynnie na swoim łóżku myśląc, wstałam więc i z szafy stojącej niedaleko wyjęłam sweter w kolorze burgundu. Nie był on moim ulubionym, ale w zasadzie był dość wygodny i prezentował się nie najgorzej.
- Luna! – krzyknęłam, spoglądając przez okno na podwórko, wyciągając spod świeżo ubranego swetra włosy. Suka biegała między krzewami, prawdopodobnie goniąc jakiegoś owada. Jej radość i witalność zadziwiały mnie każdego dnia. Zazdrościłam tego mojemu kochanemu pupilowi, cholernie zazdrościłam.  Mój krzyk wcale nie zwabił jej do mieszkania, spojrzała tylko na mnie wesoło merdając ogonem. Cóż, jeśli chce, niech bawi się na zewnątrz, ja jednak muszę już iść.
Z wieszaka na drzwiach zdjęłam sporą torbę, która towarzyszyła mi prawie zawsze, poza szkołą. Z blatu biurka zgarnęłam swój komplet kluczy i portfel, po czym opuściłam budynek.
Po paru spacerach między półkami z książkami, oraz  kilku godzinach bezcelowego siedzenia przy kasie i bawienia się telefonem, usychałam wręcz z nudy. Nie miałam pojęcia, jakim cudem ta księgarnia nadal funkcjonuje, skoro pojawia się tu garstka klientów dziennie i nieliczni zdecydowani są na kupno czegokolwiek. Ospale spojrzałam na duży zegar wiszący na ścianie.
- Jeszcze godzina. – westchnęłam, przewracając oczami. Za równe sześćdziesiąt minut kończyć miała się moja zmiana.  Trzy tysiące sześćset sekund dzieliło mnie od upragnionej wolności….
Nagle telefon w mojej dłoni zawibrował, oznajmiając nadejście nowej wiadomości. Znów coś od operatora? A może wygrałam nowe BMW? Numer wydawał się być dość długi jak na spam, ale nie przypominam sobie, bym komukolwiek podawała swój numer w ostatnim czasie. Kilkoma mozolnymi ruchami palców otworzyłam wiadomość od nieznanego nadawcy.

Widząc jej treść zasłoniłam sobie wolną dłonią usta. Jestem pewna, że nie podałam mu numeru, więc skąd do cholery jasnej go wziął? Nawet gdyby sprawdził wszystkie moje internetowe profile, nie ma tam ani wzmianki o telefonie. Wystukałam na klawiaturze krótkie pytanie, po czym dodałam numer do kontaktów. Minutę później otrzymałam niezbyt zadowalającą odpowiedź.

Ta cała sytuacja powoli zaczynała mnie przerażać. Nie możliwe przecież, by wpisał od tak pierwszy z brzegu numer i okazało się, że należy do mnie. Więc jakim niby cudem ta cholerna kombinacja cyfr wpadła w jego posiadanie? Zdenerwowanie zawładnęło moim ciałem, puls przyśpieszył, dłonie zaczęły drgać nieco mocniej, niż zazwyczaj. Zacisnęłam na moment powieki, biorąc głęboki oddech. Wydychając powietrze, wzdrygnęłam się, bo urządzenie w mojej dłoni zaczęło wydawać z siebie dźwięki. Pierwsze takty mojej ulubionej piosenki wypełniły pomieszczenie, a ja zdezorientowana spojrzałam na wyświetlacz. O mój Boże, dzwoni, ON dzwoni...
- Nicku Greena, kimkolwiek jesteś, wiedz, że nie będziemy się tak bawić. - powiedziałam sama do siebie, zdecydowanym posunięciem palca odrzucając połączenie.

Gdy tylko wróciłam do domu, nadal nie panując nad emocjami, zamknęłam się w swoim pokoju. Moja komórka odzywała się jeszcze kilka razy, aż do momentu w którym po prostu jej nie wyłączyłam. Chwilę po tym wylądowała na łóżku, a ja zwijając się w kłębek na fotelu stojącym przy biurku, uruchomiłam swojego laptopa. Powinnam pewnie wziąć się za naukę, czy cokolwiek pożytecznego, ale nie dziś, nie w tej sytuacji.  Gdy urządzenie włączyło się całkowicie, kliknęłam dwukrotnie na ikonę przeglądarki, po czym wybrałam pierwszy adres pojawiający się po wpisaniu litery „l”. Chat, ten idiotyczny chat, przez który musze teraz przeżywać cały ten stres. Napis „offline” przy jego awatarze oznaczał, że mimo wszystko jednak go nie ma. Zminimalizowałam okno i postanowiłam sprawdzić jeszcze skype. Zalogowałam się pospiesznie, raz popełniając nawet błąd w haśle, co zirytowało mnie jeszcze bardziej. Lista moich kontaktów była prawie pusta, widniało na niej może pięć pozycji, nie więcej. Tylko przy jednej z nich widniała w pełni zielona kropka. Przeczytałam nazwę użytkownika i moje serce zaczęło bić szybciej. Greena. 
- Skąd masz mój numer? – napisałam bez zbędnego powitania czy wstępu. Długą chwilę czekać musiałam na odpowiedź, albo czas tak strasznie dłużył mi się w tym momencie.
- Czy to naprawdę takie ważne? 
- Tak, bardzo. Mów. – zacisnęłam zęby, odpowiadając na jego idiotyczne pytanie. Gdyby nie było, chyba bym nie pytała.
- Ok, więc mój kumpel jest informatykiem i był mi winny przysługę. Oto cała historia. – westchnęłam ciężko, czytając te słowa.
- To nielegalne, prawda? 
- Możliwe
- Mogę was pozwać do sądu
- Och, oboje wiemy, że tego nie zrobisz.
- Jesteś pewien?
- Wiem o tobie zbyt wiele. – w tym momencie miał rację. Nie ważne, czy miał na myśli fakt iż zna mnie na tyle, by móc stwierdzić, co jestem w stanie zrobić, a co nie, czy też myślał raczej o wykorzystaniu niektórych faktów przeciwko mnie. 
Wraz tą wiadomością, zapanowało między nami milczenie. Najwyraźniej oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, kto wygrał tą walkę, a kto definitywnie poległ.  
Oparłam podbródek na kolanach, bezcelowo wpatrując się w ekran. Mojej głowy nie zaprzątała teraz ani jedna myśl i nie było to wcale miłe uczucie. Pustka.  Przerażająca, pozostawiająca po sobie echo w postaci bitwy uczuć nicość. Obraz na ekranie się zmienił, a do mnie nawet nie dotarła informacja o tym, co daną zmianę wywołało. Nie reagowałam na bodźce, jakie wysyłała do mnie otaczająca mnie rzeczywistość. I znów zmiana, jak w kalejdoskopie. Tym razem przebudziłam się nieco, wyrwałam z otchłani własnego umysłu, by przeczytać kolejną nową wiadomość.
- Jane, skarbie. Odbierz proszę. – przeczytałam powoli. Tuż nad wiadomością widniała informacja o próbie nawiązania połączenia.  I znów zadzwonił.  Tym razem odebrałam nie myśląc nawet o tym, co chciałabym mu powiedzieć, co chciałabym usłyszeć… 
- Nareszcie. – usłyszałam ten wspaniały głos i uśmiechnęłam się pod nosem. 
- Ciebie też miło słyszeć, Nick. – zachichotałam. 
- Uhm, tak, Nick… - wyszeptał jakby rozczarowany.