poniedziałek, 25 listopada 2013

Część 5

Chciałam tu coś napisać, ale znam siebie już trochę i wiem, że jak zacznę, to szybko nie skończę, dlatego po prostu darowałam sobie jakieś długie wywody o niczym ważnym (z waszego punktu widzenia). Przepraszam za długą przerwę i dziękuję za 5K wyświetleń. 
Przypominam też o „sondzie” widocznej na dole, to opcja szczególnie dla tych, którzy nie mają czasu by napisać choćby krótki komentarz, choć dla tych którzy go mają też :)

Przez kilka kolejnych dni, które upłynęły od czasu naszej ostatniej rozmowy, z niewiadomych dla mnie samej powodów chodziłam rozkojarzona i nieobecna myślami błądząc gdzieś daleko. Właściwie nie było to jakieś niewiadome „gdzieś”. Moje myśli, choć starałam się bronić przed tą przykrą prawdą, znajdowały się przy nim, jakąkolwiek konkretnie lokalizację mogło to oznaczać. Wszystko, co działo się ze mną w ostatnim czasie przypominało powoli paranoję, chorobę psychiczną i z dnia na dzień było co raz gorzej. Dzięki Nick.
Praca okazała się być tym, co choć na moment potrafiło odciągnąć mnie od głupich myśli. Chodziłam właśnie z wielkim kartonem w ręce i rozkładałam towar na półki.  Udało mi się to zrobić w sposób dość zadowalający, nowości przyciągały wzrok już od samego wejścia, ale nie przytłaczały sobą całej reszty. Uśmiechnęłam się pod nosem, przyglądając od progu swojemu dziełu, po czym podskakując dość wysoko usiadłam na sklepowej ladzie. Mój niski wzrost dawał o sobie znać na każdym kroku. Za niska by dosięgnąć tu, za niska by usiąść tam, za niska by zrobić to i tamto…  Westchnęłam głęboko dumając nad swoją niedolą, gdy nagle dzwonek wiszący nad drzwiami rozbrzmiał, a te otworzyły się z impetem.  Do środka dostało się mnóstwo zimnego, przenikliwego powietrza wraz z garstką równie nieproszonych gości. Widząc ich znajome twarze szybko wskoczyłam za wysoki mebel, tam gdzie było moje miejsce. Starałam się jak najbardziej ukryć moje drobne ciało za stojącą na podwyższeniu kasą. Pomieszczenie migiem wypełniły śmiechy i dyskusje grupy przyjaciół, jednak nie było w nich ani odrobiny serdeczności, ciepła… Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, gdy szydercze chichoty nie ustawały, a wręcz wzbierały na sile. Wiedziałam po co tu przyszli, wiedziałam czego szukali, nie wiedziałam tylko dlaczego akurat mnie wybrali na swój cel.  Kilka moich cichych, płytkich oddechów później huk rozległ się wokoło. Gruba encyklopedia „przypadkiem” spadła na ziemię z półki. Zacisnęłam pięści, słysząc kolejny hałas, tym razem kilka cieńszych powieści zniżyło się do poziomu szanownych klientów. Zamknęłam oczy, zbierając w sobie siłę, by to przeczekać, by nie próbować w pojedynkę stawić im czoła, bo ta walka już od początku skazana była na porażkę. Śmiali się jeszcze chwilę, rzucając czym popadnie. Wdech… jeszcze tylko chwila i sobie pójdą. Wydech… poczułam jak moje własne paznokcie wbijają mi się w dłoń od zbyt mocnego zaciskania pięści, więc niego rozluźniłam mięśnie. Ułamek sekundy podskoczyłam jednak w miejscu, słysząc przeraźliwy hałas. Wytrzeszczyłam oczy, widząc jedną z wysokich, drewnianych półek leżącą na podłodze. Och, nie wierzę, to się nie stało, prawda?
- Ups. – zachichotała Megan, która jeszcze przed chwilą opierała się o feralny mebel. – Jakie to niestabilne… Coś mogło mi się stać. – spojrzała porozumiewawczo na swoich towarzyszy. – Mogłabym cię pozwać do sądu, Jade. – zważając na jej poprzednie słowa, nawet nie zwróciłam uwagi na to, że pomyliła moje imię. – Ale ponieważ mam dziś.. Hm, dzień litości dla pokrak, nie zrobię tego.  Grace, Amy, wychodzimy z tej żałosnej budy. – słysząc to odetchnęłam z ulgą,  jednak byłam świadoma, że ludzie tego typu instynktownie robią „wielkie wyjścia”.  Faktycznie, Amy, najwyższa z nich wychodząc jako ostatnia przewróciła jeszcze z rozmachem nieco mniejszą z półek.
- Powinnaś dziękować jej na kolanach, mała szmato. – wysyczała trzaskając za sobą drzwiami.
Dopiero teraz mogłam rozluźnić wszystkie moje napięte do tej pory mięśnie. Czułam, jakby całe powietrze jakie miałam w sobie, zeszło niczym z balonika w ułamku sekundy. Wyjrzałam jeszcze przez szybę, by upewnić się, że sobie poszły, po czym kuląc się w kłębek na podłodze zaczęłam płakać. Nie chciałam tego robić, ale bezradność wobec zaistniałej sytuacji i cała frustracja z nią  związana przewyższyły moje możliwości.
Nie wiem, ile czasu tak siedziałam, może kilka minut, może godzinę… Wiem jednak, że wystarczyło abym choć odrobinę zebrała się w sobie. Nie mogłam przecież skończyć swojej zmiany i ot tak zostawić księgarnię w takim stanie, bo inaczej byłby to prawdopodobnie mój ostatni dzień w tej pracy, a tego nie chciałam.
Podniosłam się z podłogi i oczyściłam spodnie z pyłu, który nabyły po kontakcie z podłogą, po zabrałam się za podnoszenie półek o wiele większych ode mnie. Po długich zmaganiach s końcu udało mi się postawić do pionu oba meble. Otarłam rękawem pot z czoła i z niechęcią spojrzałam na kilkadziesiąt książek leżących wokoło. Obym tylko zdążyła poukładać je w odpowiedniej kolejności do przybycia właściciela…
Po dwóch godzinach żmudnej pracy zostały mi już do ułożenia tylko biografie od litery R w dół alfabetu. To niewiele zważając na liczbę, z jaką zaczynałam. Na co dzień w pracy zazwyczaj przyglądałam się okładkom, czasem czytałam nawet kilka stron, gdy coś mnie zaciekawiło. Ciężko było mi się od tego powstrzymać tym razem, ale obiecałam sobie w duchu, że następnym razem to odrobię.  Dwie ostatnie pozycje i oto w ten sposób dotarłam do celu, do końca mojej pracy na dziś. Dziesięć minut przed czasem, uff…
- Dobry wieczór, Jane. – prawie bezszelestnie, nie licząc dźwięku wydawanego przez dzwonek wiszący nad drzwiami, do środka wszedł właściciel, jak zawsze by sprawdzić czy wszystko się zgadza i zamknąć sklep. Jako pracownik na pół etatu nie śniłam nawet o tym, by mieć własny komplet kluczy do lokalu.
- Dobry wieczór panie McKinley. – uśmiechnęłam się tak naturalnie, jak tylko mogłam, zakładając już na siebie płaszcz i sięgając po torbę.
- Nie było dziś żadnych problemów? – spytał, rozglądając się wokoło.
- Nie, właściwie nic się nie działo… - ściszyłam głos, bojąc się iż zauważy że układ książek jest trochę inny niż przed moją zmianą.  – Czy mogę już iść do domu? – zapytałam, zapinając ostatni guzik.
- Tak, naturalnie. – odpowiedział nieco zamyślony.
- Do widzenia panu. – krzyknęłam już zza progu, biegiem udając się do domu. Chciałam znaleźć się w nim jak najszybciej, nie zważając na konsekwencje, jakie o późnej porze dnia może przynieść mi pośpiech. Był czwartkowy wieczór,  ruch uliczny zamarł wraz z zachodem słońca. Poza tym jacy złodzieje lub gwałciciele szukają ofiar w takie mroźne, opustoszałe dni?  Na pewno nie najlepsi, ale jednak wolałam zachować ostrożność.
Zwolniłam kroku dopiero będąc na swojej ulicy, widząc z daleka swój mały dom. Światła wewnątrz były zapalone, co widziałam przez nie zasłonięte okna.  Wyjęłam z kieszeni telefon i wcisnęłam mały guzik z boku, by sprawdzić która godzina. Och, osiemnasta, czyli mama jest już w domu. Zmarszczyłam czoło, po czym wyjęłam telefon jeszcze raz. Dziś dwudziesty? O mój Boże, dziś dwudziesty maja! To właśnie dziś tata miał wrócić do domu.
Uśmiechając się szeroko, przekroczyłam próg, po czym zdjęłam całe okrycie wierzchnie. Nie spodziewałam się zbyt wiele, nie raz zdarzało się już, że ojciec wracał kilka dni później i od razu musiał znów jechać.
Przeszłam przez przedpokój i weszłam do kuchni, w której unosiły się piękne zapachy. Jest. Oboje są.
- Cześć. – jak gdyby nigdy nic przywitałam się z obojgiem. Tata oczywiście od razu wstał i przytulił mnie serdecznie, co odwzajemniłam z równym zapałem. – Nie sądziłam, że dziś wrócisz.
- Przecież obiecałem że wrócę dwudziestego ósmego. – wypuścił mnie z uścisku i usiadł ponownie na swoim miejscu.
- No tak, ale zawsz…- nie udało mi się skończyć, gdyż ojciec szybko mi przerwał.
- Obiecałem, więc jestem. – tak właśnie zakończyła się nasza rozmowa, co najwyraźniej wyczuła mama, gdyż zabrała się za nakrywanie do stołu. Niewiele myśląc również chwyciłam za talerze i pomogłam jej choć trochę . Och tak, wspólna kolacja.
Z pełnym żołądkiem leżałam na swoim łóżku, marząc o niebieskich migdałach i innych nierealnych sprawach, gdy wokoło rozbrzmiał dźwięk mojego telefonu.  Szybkim ruchem zgarnęłam go z półki i przyglądając się uważnie ekranowi odebrałam połączenie.
- Słucham. – westchnęłam błogo do słuchawki.
- Witaj Jane. – usłyszałam ten znajomy, zachrypnięty głos. – Nie przeszkadzam? – zapytał idiotycznie.
- Jeszcze niedawno nie interesowało cię, czy mi przeszkadzasz czy nie. – zaśmiałam się cicho. – Skąd ta zmiana?
- Cóż, chciałem być miły. – mogę się założyć, że na jego twarzy właśnie pojawił się grymas.
- Oj Nick, Nick… Trochę za późno, żeby zrobić dobre wrażenie. – zakpiłam z niego, zginając nogi w kolanach.
- Próbować zawsze można. – przyznał niechętnie cichym głosem.
- Dawno się nie odzywałeś. Jakiś ciekawy powód? – dość skrzętnie zmieniłam temat.
- Całkiem sporo, ale żaden na tyle mocny by sam w sobie mógł być powodem. Brak czasu… Każdy gania mnie z kąta w kąt z coraz to głupszymi pierdołami do zrobienia. Powoli zaczynam się w tym wszystkim gubić. – westchnął głęboko.
- Więc dlaczego nie spróbujesz tego zmienić? Dlaczego się nie postawisz? – czułam się, jakbym stąpała po cienkim lodzie. Nie miałam pojęcia o czym i o kim mówię. Kogo ofiarą stał się Nick?
- Im? Postawić się im? Nie ma szans. Albo robię, to co mówią, albo tracę wszystko. MY tracimy. To nie takie łatwe Jane. Tu już nic nie jest łatwe. – po jego słowach czułam się jeszcze bardziej skołowana. Nie rozumiałam ani jednego słowa.
- O czym właściwie mówisz? Skoro się mylę, to wytłumacz mi w czym rzecz. – ściszyłam głos, wciąż mając obawę, że rodzice usłyszą naszą rozmowę.
- Chodzi o… - jego głos zamarł na moment. – O tą trasę. Pamiętasz? Opowiadałem ci kiedyś…  To powoli zaczyna się rozkręcać, a ja muszę dbać o to wszystko, szczególnie o młodego. Nie mogę pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Zbyt wiele jest w moich rękach. A  te wielkie szychy, organizatorzy, wiedzą o tym i najwyraźniej to wykorzystują. – zasłoniłam sobie oczy przetwarzając natłok nowych informacji.
- Cholera. – wypłynęło z moich ust szybciej niż zdążyłam przemyśleć co chcę powiedzieć. – Musi być przecież jakieś wyjście.
- Nie, Jane. A już na pewno nie ty powinnaś o tym myśleć. Załatwię to jakoś. – jeszcze chyba nigdy nie słyszałam, by był tak stanowczy.
- Obiecaj mi, że coś z tym zrobisz. – przygryzłam wargę nadal myśląc intensywnie. – Obiecaj.
- Och, nie lubię składać obietnic bez pokrycia.
- Więc tego nie rób. Po prostu złóż obietnicę, której dotrzymasz.
- Jane…
- Obiecaj. – tym razem to we mnie obudziły się władcze zachowania.
- Ok, ok, obiecuję, ale jeśli to tylko pogorszy sprawę, jeśli wszystko stracimy…. Ciąży nade mną odpowiedzialność zbiorowa, muszę o tym pamiętać.
- Nie, to nie pogorszy sprawy. Nie myśl tak.  – uniosłam się do pozycji siedzącej i przyjęłam tureckie ułożenie nóg.
- Mała, naiwna Jane… - zaśmiał się cicho,  co wywołało moje oburzenie. – Powiedz lepiej co u ciebie?
- Jakby to ująć.. – zamyśliłam się na moment. – Bawiłam się dziś w budowniczego. – uśmiechnęłam się smutno.
- Jak to? Jakieś przygotowanie do zawodu, czy coś w tym stylu? – jego śmiech choć trochę podniósł mnie na duchu, choć wyjście z kompletnego dołka w jakim byłam przed chwilą było zbyt odległym celem.
- Nie. Po prostu moje „koleżanki” – wzdrygnęłam się wypowiadając to słowo w odniesieniu do nich. – postanowiły pobawić się w coś a’la domino. Półkami. W księgarni w której pracuję. I zgadnij kto musiał to posprzątać? – zaśmiałam się, by ukryć wszystkie inne, negatywne uczucia które zapanowały nad moim głosem.
- Jane… - chłopak chciał coś powiedzieć, jednak przerwałam mu szybko.
- To prawidłowa odpowiedź, oklaski dla zwycięzcy! – pisnęłam słodziutkim głosem i klasnęłam kilkukrotnie w dłonie.
- Nie bagatelizuj tego. One się nad tobą znęcają. – cóż, jego odpowiedź nie wniosła zbyt wiele do mojego toku rozumowania. Przecież dobrze o tym wiedziałam, ale nie byłam jedną ofiarą. Lepsi ode mnie już dawno polegli. Panna Parker to tylko kwestia czasu.
- Jak widzisz mój drogi, wszyscy mamy problemy. – westchnęłam opierając plecy o zimną ścianę.
Wraz z moją ostatnią wypowiedzią, między nami zapanowała cisza. Ale nie jedna z tych niezręcznych, podczas których nikt nie wie co powiedzieć, tylko taka… przyjemna. Miło było po prostu posłuchać wzajemnie swoich  oddechów pomimo dzielącej nas olbrzymiej odległości i oddać się rozmyślaniom o czymkolwiek. Wzniecić w umyśle płomienie z tych najgorszych, najbardziej destruktywnych myśli, by po chwili ich miejsce zajęła pustka. Nicość, dająca wspaniałe uczucie błogości… Tak, cisza między dwojgiem ludzi stanowczo była czasem potrzebna. Problem w tym, że nie ze wszystkimi da się milczeć.
- Jane. – wychrypiał w pewnym momencie Nick.
- Hm? – mruknęłam pytająco, przymykając powieki.
- Co masz na sobie? – jego pytanie całkowicie zbiło mnie z pantałyku, jednak po chwili zastanowienia postanowiłam na nie odpowiedzieć.
- Umm – przygryzłam wargę, myśląc nad doborem słów, ale to niewiele mi dało. – Koszulkę. I bieliznę. – dodałam niepewnie.
- Jaki kolor ma twoja koszulka? – dreszcz wstrząsnął moim ciałem, gdy usłyszałam jak zaczyna szeptać. Ta rozmowa powoli wprawiała mnie w zakłopotanie.
- Czarny.
- Och…

PS. Od teraz osoby niekomentujące nie będą informowane na twitterze :) 

wtorek, 5 listopada 2013

Część 4

Idąc samotnie burą uliczką, zbyt ciemną jak na ową porę dnia, nie czułam się wcale swobodnie czy też bezpiecznie. Choć wokoło nie było nikogo, tylko kilka aut stało przy krawężniku, miałam wrażenie jakby ktoś nie tylko tam był, lecz szedł tuż za mną, obserwował mnie. Rozejrzałam się wokoło, zaciskając panicznie palce na szalu, udając, że poprawiam jego ułożenie na mojej szyi. Już od kilku dni czułam się nieswojo wszędzie poza domem, w którym również czułam się nie najlepiej, ale…. W inny sposób. Po prostu nie lubiłam przebywać między ludźmi, ale to co dzieje się ostatnio jest czymś więcej, niż przejawem ogólnej mizantropii. Rozglądając się po raz kolejny, szybkim, wyrwanym z rytmu krokiem skierowałam się do najbliższego pawilonu.
- Dzień dobry, pani Sue. – powiedziałam donośnie, rozglądając się za starszą panią. W mgnieniu oka wyłoniła się zza zaplecza z olbrzymim uśmiechem na twarzy.
- Witaj Jane. – wyjrzała przez okno na ulicę zwracając uwagę na drzewa kołyszące się na wietrze. – Nie zmarzłaś po drodze? Pogoda jest dziś naprawdę okropna. – wzdrygnęła się, po czym przeniosła wzrok z powrotem na mnie.
- Nie jest aż tak źle, w ciepłym ubraniu da się wytrzymać – uśmiechnęłam się rozpinając płaszcz, bo wewnątrz było dość ciepło. – Znajdę tu może coś ciekawego? – rozejrzałam się wokoło w poszukiwaniu nowych łupów, ale nic nie rzuciło mi się w oczy.
- Masz szczęście, ostatnio całkiem sporo tu ciekawych przedmiotów. Udało mi się nawet odłożyć kilka, które mogłyby cię zainteresować. Usiądź sobie, zaraz przyniosę. – żwawym jak na swój wiek krokiem ponownie zniknęła za ścianą, przechodząc przez zasłonę utworzoną z mnóstwa wiszących koralików, wydobywając z nich tym samym urocze brzęczenie.
Sue była typem damy, ale takiej bardzo nowoczesnej i samodzielnej. Nie wiem, w jaki sposób udawało jej się to łączyć, ale była w tym mistrzynią. Znałam ją już od dzieciństwa, zawsze gdy odwiedzałam swoją babcię, ona tam była. Musiały się bardzo przyjaźnić, obie wdowy po przejściach żyjące w zgiełku wielkiego miasta. Rozumiały się bez słów czasem nawet na odległość. Po śmierci babci zaczęłam przychodzić tu – do starego antykwariatu na obrzeżach miasta, który Sue prowadziła chyba od zawsze. Często śmiała się,  że jej klientami były nawet dinozaury, na co ja odpowiadałam, że z biegiem czasu i owym tempem, z jakim okrywa nas postęp, będą nimi jeszcze kosmici. Często zdarzało mi się plotkować z nią przy naszej ulubionej herbacie, ale zazwyczaj niemiałam zbyt wiele czasu i spadałam tylko na moment, sprawdzić co u niej.  Dziś był jeden z takich dni. Pogrążyłam się na moment we własnych myślach, przez co nie usłyszałam zbliżających się kroków. Dopiero po chwili zorientowałam się, że kobieta przed moimi oczami wymachuje pomarszczoną nieco dłonią.
- Albo dopadło cię jakieś choróbsko, albo się zakochałaś, skoro stąpasz tak wysoko gdzieś między obłokami. – zaśmiała się, jednak w jej głosie można było wyczuć odrobinę powagi.
- E tam, czuję się całkowicie zdrowa a i moje serce ma się dobrze. – przewróciłam tylko oczami. – Co my tu mamy… - zagłębiłam swój wzrok z pudle, jakie postawiła przede mną, chcąc tym samym zakończyć temat, jednak ona nie dała za wygraną.
- Chcesz oszukać starą kobietę która nie takie rzeczy widziała, dziecko. – uśmiechnęła się z politowaniem. – Albo sama jeszcze żyjesz w niewiedzy. Sama nie wiem co gorsze. – pokręciła głową, przyglądając mi się uważnie. – O tak, ta ramka jest piękna. – westchnęła rozmarzona widząc, jak wyjmuję z kartonu sporą owalną ramę w wiktoriańskim stylu.
- Wygląda trochę, jakby kiedyś była lustrem… - zmarszczyłam brwi opuszkami palców badając jej fakturę. – Wspaniała. – powiedziałam szeptem raczej do siebie, niż do kobiety stojącej obok.
- Na zdjęcie wyjątkowej osoby, co? – co za wścibska kobieta, próbuje wyciągnąć informacje nawet o tym, czego nie ma.
- Chyba oprawię w nią kolaż ze zdjęciami Luny. – uśmiechnęłam się promiennie.
- Tego kundla? – jej ton zdradzał niedowierzanie w moje słowa.
- Nie mów tak o niej, proszę. To uroczy basset i to prawdopodobnie całkowicie czystej krwi. – cóż, dla Sue każdy pies był kundlem, za to koty… Och, każdy kot jest królem na swój sposób i nie bez powodu starożytny lud Egipcjan czcił te istoty.
- jak tak sobie chcesz, ale szkoda takiej pięknej oprawy.- westchnęła teatralnie.
- Zawsze mogę jej nie brać..
- Nie, nie. Jest twoja i rób z nią co chcesz, byleby tylko była dobrze zagospodarowana, a nie leżała gdzieś tu i czekała przez lata na nabywcę. – przerwała mi szybko, słysząc moje słowa.
- Mogę jeszcze tą książkę? – wskazałam na starą, zniszczoną okładkę z nieczytelnym już niestety tytułem.
- Jeśli uważasz, że warto ją nieść przez pół miasta do domu, to proszę bardzo.
- Dziękuję! Muszę już iść, nie chcę by mama znów nabrała jakichś wyssanych z palca podejrzeń. – wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Emma znów nie daje ci żyć? – kobieta zmierzyła mnie smutno.
- Najwyraźniej…. To ja zabieram te dwa skarby, do widzenia pani Sue, do następnego razu. – przytuliłam ją, po czym otworzyłam drzwi wprawiając wiszący nad nimi dzwoneczek w ruch i wyszłam na zewnątrz.  Znów zmuszona byłam zapiąć płaszcz, gdyż wokoło było niemiłosiernie zimno jak na początek maja. Zima zbliża się wielkim krokami i przyroda daje to odczuć wszystkim wokoło.

Siedziałam właśnie przy biurku z nogami podciągniętymi pod brodę z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach. Fakt, jego temperatura parzyła nieco opuszki moich palców, ale wolałam to od przenikającego zimna, na jakie skazana byłam dziś przez sporą część dnia. Przede mną rozpościerał się widok internetowego świata, zamkniętego za szklaną powłoką monitora. Czekał mnie właśnie co tygodniowy rytuał usuwania wszystkich powiadomień na facebooku, którego nienawidziłam tak bardzo… Wpisałam pośpiesznie e-mail i hasło, kierując się zasadą iż im szybciej się za coś zabiorę, tym szybciej skończę.
„Lucas zaprosił się do zagrania w jakieś gówno, Abby udostępniła link z innym gównem, Grace dodała gówniane zdjęcie…” cały ten portal był jednym wielkim szambem i zapewne gdybym miała w sobie odrobinę więcej odwagi, usunęłabym swój profil tam. A jednak gdzieś w głowie tlił mi się mały strach, że „Osoby które nie mają fb nie istnieją. Nie ma ich tam, nie ma ich nigdzie.”. Myśl, że mogłabym być jeszcze większym zerem skutecznie odsuwała mnie od tego pomysłu. Mój wzrok sięgał coraz niżej i niżej, aż w końcu dotarłam do owego zdjęcia, które dodała Grace, członkini elity mojej szkoły. Znajdowała się na nim cała kultowa paczka, określana czasem przez samych siebie „szlachtą, hipsterami, władcami…”. O ile dobrze zauważyłam, fotografię wykonano na korytarzu szkolnym, prawdopodobnie podczas przerwy, bo wokoło roiło się od innych uczniów pędzących na lekcję. Cholera, w lewym górnym rogu widniała ciemna plama – mój czarny sweter. Genialnie, załapałam się do zdjęcia z monarchią, czyż to nie zaszczyt?  Zjechałam jeszcze niżej, by zobaczyć komentarze. Kilkanaście ostatnich opisywało plugawość mojej osoby, parę wcześniejszych okropność całej części uczniów nie należących do wspaniałej grupy. Zagłębiłam się w lekturę, spoglądając przy tym na nazwiska autorów. Niektóre z nich nawet nie przywodziły mi na myśl konkretnej osoby, nie znałam ich ani trochę. A jednak to właśnie te osoby, które znały mnie najmniej, najwięcej miały do powiedzenia. Ze łzami spływającymi po policzkach zamknęłam kartę i oparłam czoło o kolana, ramionami oplatając łydki. Dlaczego tak musi być, że nikt nie widzi we mnie nic pozytywnego? Może dlatego, że ja sama nic takiego nie widzę….
Gdy uspokoiłam się odrobinę, w pokoju rozbrzmiał ten jakże irytujący dzwonek ze skype. Nie ważne, jak przyjemna była rozmowa, którą zwiastował, sam dźwięk wkurzał mnie zawsze niemiłosiernie.
- Cześć Nick. – otarłam wierzchem dłoni pozostałości po potoku łez, wchłoniętym przez materiał mojego starego dresu. Och, jak dobrze, że nie zadzwonił kilka minut wcześniej….
- Słoneeeczko! – słysząc jego rozradowany głos jakieś dziwne uczucie zawładnęło moimi wnętrznościami, jednak starałam się całkowicie je ignorować.
- Jak minął ci dzień? – zapytałam pociągając jeszcze trochę nosem.
- Dość… Hm, męcząco. Miałem sporo na głowie, ale to nie ważne. – uciął szybko temat. – Co się dzieje? – był wyraźnie zmartwiony.
- Nic, złapałam chyba jakiś katar.  Oby to nie była żadna grypa.
- Kłamiesz. – ot tak sobie stwierdził, nie pytając nawet o nic.  – Wiem, że kłamiesz. Płakałaś, prawda? Co się dzieje, Jane… - ton jego głosu nie był ani surowy, ani zaborczy, on po prostu się martwił.
- Szkoła się dzieje, Nick. A właściwie ludzie ze szkoły, ale to nic takiego. Wiesz jak to nastolatki, przejmują się byle czym. – próbowałam jakoś zakończyć ten temat w pokojowy sposób.
- Nie jesteś zwykłą nastolatką, ciebie to nie dotyczy. Skoro wywołało łzy, musiało być poważne… Zazwyczaj gdy człowiek się komuś wygada robi mu się lżej. Chcesz spróbować? – nadal nie czułam, aby nalegał. Nie biła od niego ani krzta wścibskości. Po prostu chciał dla mnie dobrze a ja nie potrafiłam tego wykorzystać.
- Mówię prawdę, Nick. Ot jakieś głupie wpisy na facebooku, nic takiego… - niechętnie zmusiłam swój głos do przyjęcia tonu wskazującego na rozbawienie.
- Ostatnim razem mnie spławiłaś. Pamiętasz? Ta dziwna rozmowa telefoniczna, którą tłumaczyłaś dzwonkiem na lekcję. Wiem, że kłamałaś. Czuję to. Nie możesz dusić tego w sobie, Jane. Wyrzucenie z siebie złych uczuć jest jak pozbycie się balastu, który wciągało się na górę życia. Będzie ci lżej…
- Nie mogę, Nick. – moje oczy ponownie się zaszkliły, a głos zaczął się łamać.– Nie dziś. Proszę, zmieńmy temat. – usłyszałam jak wzdycha głęboko.
- Dobrze, ale nie płacz już słońce. Nie warto płakać z powodu tych ludzi.
- Postaram się. – znów pociągnęłam nosem, tym razem o wiele głośniej. – Mów coś do mnie, cokolwiek. – nabrałam sporą ilość powietrza do płuc.
- Ale nie mam pojęcia co. – zaśmiał się głośno. – Jesteś piękna, wiesz?
- Nie wiem i ty też nie wiesz, nie widziałeś mnie. – zachichotałam, jednak ucichłam gdy po drugiej stronie wszystko zamilkło.
- Ktoś, kto jest aż tak piękny wewnętrznie nie może mieć brzydkiej oprawy, uwierz mi.
- Wmawiaj sobie, wmawiaj, Nick. – westchnęłam nadal rozbawiona.
- To ty sobie wmawiasz, słonko.
- Hej, Harry czy wiesz może…- nagle z głośników rozbrzmiał jakiś inny głos.
- CICHO! – Nick krzyknął, chyba zakrywając mikrofon, bo coś zachrobotało niemiłosiernie głośno.
- Harry? – szepnęłam sama do siebie, klikając na ikonę zakańczającą rozmowę. Dlaczego ktoś do Nicka miałby zwracać się tym imieniem? Postanowiłam zapytać go o to przy następnej rozmowie.


| Twitter | Ask | GG |