piątek, 24 stycznia 2014

Część 7

"Te­go dnia, kiedy się do­wie­dzieliśmy, że nasz Ta­zio rzu­cił się ze skały... by­liśmy zdruz­go­tani. Nie może pan so­bie wyob­ra­zić te­go bólu, który pogrąża w ni­cości dwadzieścia lat trosk, obaw i miłości... Po co? Dlacze­go? [...] Po nic. Ale jest coś gor­sze­go. Roz­pacz przechodzi w poczu­cie wi­ny. Co ta­kiego zro­biliśmy? Cze­go nie zro­biliśmy? Jak spoj­rzeć w lus­tro, sko­ro wi­dać w nim rodziców dziec­ka, które po­pełniło samobójstwo?"
- Éric-Emmanuel Schmitt, "Kiedy byłem dziełem sztuki"



Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak bardzo zawiedziona czułam się ze świadomością, że... Że właściwie co? Że oddycham? Że mam czucie w ciele? Że żyję, czy też egzystuję? Tak, chyba właśnie to było powodem mojego rozczarowania.. Całe swoje bardzo zubożałe nakłady energii wykorzystałam na udawanie, że nadal śpię, że mnie nie ma. Kto wie, może uda mi się oszukać własny organizm? Przypuszczalnie uda mi się jednak usnąć ponownie i tym razem nie wybudzać się już nigdy? Marzenia...
Cóż, w końcu moja własna podświadomość okazała się zdradziecka i zmusiła mnie do okazania znaku życia, a mianowicie otworzenia oczu. Na niewiele się to zdało, gdyż nie wykorzystałam należycie zmysłu wzroku. Po co? Wiedziałam gdzie jestem, a niesamowity ból gardła i jakby... całych wnętrzności mówił mi, że przeszłam płukanie żołądka. Wszystko ładnie, pięknie, tylko po co? Zapewne znalazłyby się osoby, które potrzebowały tego zabiegu o wiele bardziej niż ja. Szanowny panie, lub pani doktor, gratuluję straty kilku cennych minut.
Jako zajęcie  na kilka lub kilkanaście następnych minut obrałam sobie wpatrywanie się w biały sufit mojej sali. Był to jedyny względnie "dobry" widok w tym pomieszczeniu, ponieważ przez okno dostrzec mogłam tylko szare bloki wybudowane kilkadziesiąt lat temu w stanowczo zbyt bliskim sąsiedztwie szpitala, a ściany ozdobione wokoło Kubusiami Puchatkami i innymi dziwnymi tworami sprawiały zbyt radosne jak dla mnie wrażenie. Jako osobę prawie pełnoletnią, mogli ulokować mnie już chyba na normalnym oddziale, a nie tu, ale najwyraźniej nikt, na moje nieszczęście, nie zastanowił się nad tym głębiej. Skoro jest miejsce, to po co kombinować?
W ciągu tej doby wielu ludzi przetoczyło się przez moją salę. Z większością niestety musiałam rozmawiać i wcale nie były to przyjemne rozmowy. Te z personelem jeszcze jakoś zniosłam, bo były to rutynowe pytania, na które udzielałam rutynowych odpowiedzi, gorzej jednak wyglądała wymiana słów z rodzicami i psychologiem.  Znajdowaliśmy się wtedy na sali w czwórkę. Choć miałam okazję rozmowy sam na sam ze specjalistką, nie wykorzystałam tej możliwości. Uznałam, że tą samą wersję wydarzeń przedstawię obu stronom. I obie strony usłyszały wersję ubogą, niepełną, stawiającą mnie w dobrym świetle. Dlaczego? Bo nie wyszłam na desperatkę, świruskę mającą wszystkiego dość, którą niewątpliwie byłam. Opowiedziałam im o problemach w szkole, w środowisku i pod tym względem każde moje słowo było szczere. Kłamstwem okazała się być dalsza część wskazująca na to, że wcale nie przemyślałam swojego wyboru, że żałuję, że jest dobrze…  I poszło po mojej myśli, ponieważ słysząc to wspaniałe, szczęśliwe zakończenie cała trójka dała mi święty spokój, czyli to, czego najbardziej w tej chwili potrzebowałam. No, może drugą najbardziej wymarzoną przeze mnie rzecz, bo pierwszą była samotność, której niestety nie byłam w stanie doświadczyć. Owszem, pani psycholog pożegnała się z według mnie zbyt serdecznym uśmiechem na ustach, ale zostali rodzice i na krok nie odstępowali mojego łóżka, mimo, że usłyszeli to, czego tak bardzo pragnęli.  Cóż więcej mogłam zrobić? Jeśli na to pytanie istniała jakaś dobra odpowiedź, to ja niestety jej nie znałam.
Leżąc tak i myśląc właściwie o niczym udało mi się kilka razy zasnąć i obudzić, ale chyba nie były to długie drzemki, chociaż po którymś już z kolei przebudzeniu wyglądając za okno zdałam sobie sprawę, że jest noc. Ogarnęłam wzrokiem pozostałą część pomieszczenia i zauważyłam, że rodzice śpią. Cóż, to nie to samo, co bycie samemu, ale nie zawsze ma się to, co chciałoby się mieć, prawda?
Powolnymi ruchami wstałam z łóżka i czując przez cienki materiał skarpetek zimną podłogę, skierowałam się w stronę torebki mojej mamy, leżącej na szafce. Po drodze w jedną rękę złapać musiałam stojak, na którym wisiała kroplówka. Płynu w plastikowym worku było całkiem sporo, co oznaczało, że pielęgniarka podłączyła go do mojej ręki gdy spałam. Gdy zbliżyłam się odpowiednio do mebla, wsunęłam rękę do torby z nadzieją, że w jakiś cudowny sposób znajdę tam to, czego szukam. Jeden głęboki ruch, następnie drugi, trzeci i… Jest! Z uśmiechem na ustach przycisnęłam do piersi mój wyłączony telefon. Wcisnęłam odpowiedni guzik i ekran rozbłysnął, jednak jeśli chciałam pozwolić sobie na cokolwiek więcej, musiałam się stąd wymknąć. Na palcach,  nadal pchając obok siebie zbitek metalowych elementów, wyszłam na korytarz i rozglądając się na wszystkie strony skierowałam do toalety.
- Uff, udało się. – szepnęłam do siebie,  siadając na zamkniętej muszli. Początkowo wcale nie byłam przekonana o powodzeniu mojego planu, ale kto nie próbuje, ten nie wygrywa. Tym razem okazałam się zwycięzcą. Nie myśląc wiele więcej o możliwych konsekwencjach w przypadku niepowodzenia, wystukałam na telefonie kod, tym samym go odblokowując. W ciągu kilku sekund urządzenie prawie nie przestawało wibrować, ponieważ ciągle przychodziły nowe wiadomości i powiadomienia. Oho, czyżby ktoś sobie o mnie przypomniał? Szczerze w to powątpiewałam. Po odczekaniu kilku chwil, wyświetliłam wszystkie powiadomienia o nieodebranych połączeniach. Każdy z nich dotyczył jednej osoby. Aż bałam się zajrzeć do wszystkich wiadomości, które otrzymałam. Głupia. Dokładnie w ten sposób skarciłam się za to w duchu. Przecież nic gorszego niż wszystko do tej pory nie może się stać. Najwyżej będziesz znów samotna, jak kiedyś. Z tą różnicą, że już teraz wiem, co znaczy nie być samotnym i zapewne świadomość osamotnienia bolałaby jeszcze bardziej. To co, może się przekonamy? Pomyślałam zadziornie, przesuwając palcem po ekranie.

Uśmiechnęłam się do siebie widząc treść tych kilku wiadomości. Dzięki Bogu nie potwierdził się mój scenariusz. Jeśli faktycznie trochę się martwił, to chyba należy się chłopakowi choć jeden telefon. Im dłużej jednak myślałam nad swoją decyzją, tym bardziej jej żałowałam. Cóż, w momencie, w którym w słuchawce usłyszałam sygnał połączenia było już za późno na zmianę decyzji. Jeden sygnał, drugi, trzeci..
- No co jest? - szepnęłam sama do siebie. Zawsze starał się odbierać, albo uprzedzał że będzie zajęty. No tak, tym razem nie miał jak uprzedzić. No cóż, trudno. Nie czekając już dłużej wcisnęłam czerwoną słuchawkę na ekranie, nie miałam jednak ochoty wracać na salę. Rozejrzałam się nieco po pomieszczeniu. Zlew, toaleta na której siedziałam, wanna, jakieś małe lustro... Niby niczego nie brakuje, ale wszystko to wydawało się być bez jakiegokolwiek wyrazu. Po chwili zadumania na myśl przyszły mi historie wszystkich ludzi, którzy mogli tu przebywać. W końcu to szpital, oddział dziecięcy. Zdruzgotane matki, bezradni ojcowie, cierpiące dzieci. Kto wie, ile z nich odeszło wcześniej niż powinno. Nie przerywając tej plątaniny myśli podeszłam do umywalki i spojrzałam na swoje odbicie w wiszącym nad nią lustrze. Uśmiechając się doszłam do wniosku, że wyglądam trochę jak trup. Blada skóra, podkrążone oczy z pustym spojrzeniem. Tak, dla samej siebie jestem już martwa. I choć przed chwilą zastanawiałam się dlaczego tak wiele małych dzieci ginie, choć nie powinno, dlaczego nie dane było im nacieszyć się życiem, sama siebie tej "radości" pozbawiam. Świadomie. Oczywiście pozbawiam fizycznie, bo psychicznie już dawno mnie uśmiercono.
Odkręciłam kurek z wodą i nabierając trochę w dłonie, przepłukałam twarz. Mino swojego chłodu, ciecz nie rozbudziła mnie ani trochę. Niechętnie wytarłam rękawem twarz i dłonie, po czym miałam wrócić na salę, gdy rozbrzmiał mój telefon. Gdy już podniosłam go na wysokość swojego wzroku, niepewnie przeczytałam imię osoby dzwoniącej. A może to fałszywe imie? Pamiętam przecież, jak ktoś zwracał się do niego inaczej...
- Cześć Nick. - powitałam go nieco zachrypniętym głosem. - A może Harry? - uniosłam do góry jedną brew, żałując, że on nie może tego zobaczyć. Może dzięki temu dowiem się o nim czegoś więcej? Jakby nie patrzeć, wciąż pozostawał dla mnie tajemnicą. Pytanie tylko, czy chcę wiedzieć jaka prawda się za nią kryje?


____________________________
Mało, mało, małoooo!
Mam do Was pewną prośbę. Czy moglibyście zagłosować w sondzie widocznej tu po lewej stronie na "We'll do it all"?  Jest to ważne zarówno dla mnie, jak i dla autorki bloga, która równocześnie jest czytelniczką logout (i coś do niej: Przepraszam, że tak późno, myślałam że wyjdzie duuużo wcześniej) 
Zapraszam też tu - Agiszon w nieco innej odsłonie :)