czwartek, 27 lutego 2014

Część 9

Dziękuję za 20K wejść. Nie mam pojęcia, jak tego dokonaliście? 
Były komentarze, jest więc i następna część. Może być dla Was nieco szokująca, przygotowałam się na to. 
W każdym razie proszę, nie znienawidźcie mnie za to, co zrobiłam z Harrym. I pamiętajcie o komentarzach! :) x
________________

- Nie dam tak dłużej rady, Jane. Już nie. - głos załamał mu się, gdy wypowiadał drugie zdanie, po czym słyszałam jak odkłada gdzieś telefon, nie rozłączając się. Nie mogłam znieść tego, że Nick, mój wspaniały, zawsze wesoły i potrafiący wyjść z każdej sytuacji Nick płacze. Wewnętrznie czułam jeszcze większy ból, niż gdy inni, gdy całe moje otoczenie wyrządzało krzywkę mnie. W tej chwili przyjęłabym na siebie wszystkie zgryzoty, na jakie tylko było stać moich rówieśników, w zamian za uśmierzenie bólu chłopaka, który w ostatnim czasie stał się dla mnie całym światem.
- Nick proszę, nie załamuj się. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, z twojej na pewno też. Może... Może uda nam się wspólnie coś zrobić. - zaczęłam nerwowo przygryzać wargę, zastanawiając się, co tak naprawdę mogło doprowadzić mojego przyjaciela do owego stanu. - Jeśli mi pozwolisz, zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby było lepiej. Zrobię wszystko, bo cholernie mi na tobie zależy. - w głębi duszy czułam, że nie były to tylko puste słowa, kierowane do osoby stojącej na skraju przepaści, lecz szczera, choć głęboko skrywana przeze mnie prawda. Co gorsza w głębi siebie czułam do chłopaka nie tylko przyjacielskie uczucie, lecz coś więcej. Na myśl o tym, że wpadłam po uszy, zacisnęłam dłoń w pięść, na tyle mocno, że nieco zbyt długie paznokcie wbiły się w wewnętrzną część ręki. Jak mogłam być na tyle głupia?!
Przymknęłam na moment oczy, chcąc pozbyć się nieadekwatnych do sytuacji myśli i skupiłam się na szmerze, który słychać było w słuchawce.
- Jane, powinnaś się rozłączyć. - wychrypiał cicho, jak gdyby nie chcąc zostać zdemaskowanym na okazywaniu uczuć. - Powinnaś mnie zostawić, dać sobie spokój. Zniszczę i siebie, i ciebie. Proszę cię... - załkał.
- Nick, skarbie. Nie zostawię cię. Cokolwiek by się nie działo, jesteśmy w tym razem, ty i ja. - starałam się zachować pewny siebie ton głosu, choć moje oczy błyszczały już od łez niczym gwiazdy na niebie. - Jeśli chciałeś się mnie pozbyć, to chyba już za późno. - próbowałam rozładować napięcie tym stwierdzeniem i słysząc w odpowiedzi rozczulony głos chłopaka uznałam, że po części mi się udało.
- Och nie, słoneczko. - pociągnął głośno nosem. - To ty powinnaś chcieć się mnie pozbyć. Ja nie byłbym w stanie. Jesteś zbyt dobra dla mnie, zbyt kochana.
- Jeśli jestem kochana tylko dla kochanych ludzi. - uśmiechnęłam się, myśląc o tym, jak mnie określił. - To powiesz mi, co się dzieje? Na prawdę chcę Ci pomóc i zrobię co w mojej mocy, by wszystko się udało.
- Ja... Ja nie wiem. Kurwa. Nie wiem, co mam powiedzieć. -głos łamał mu się od szlochu kryjącego się w gardle.
- Po prostu opowiedz mi, co się stało. Co cię gnębi, dlaczego...
- Dobrze. - przerwał mi. - Ale czy mogłabyś... czy mógłbym cię widzieć? - wyszeptał błagalnie. - Powoli tracę zdrowy rozsądek, zaczynam myśleć, że jesteś nierealna, że sobie ciebie wymyśliłem i... chciałbym wiedzieć, że mówię do ciebie, do mojej Jane, a nie tylko do jakiegoś głupiego urządzenia. Jesteś jedyną dobrą rzeczą, która mnie ostatnio spotkała. Nie przeżyłbym, gdyby się okazało, że coś... że ty to nie ty. Proszę... - wydawało mi się, że w jego głosie słyszę prośbę nie o to, by dać mu możliwość zobaczenia mnie, lecz raczej o to, bym nigdy go nie okłamywała, zawsze była z nim szczera i... prawdziwa.
- Oczywiście Nick. - denerwowałam się, ale cóż  mogłam zrobić? Potrzebował mnie teraz, takiej jaka jestem i właśnie w takiej formie miałam zamiar mu się ofiarować. - Tylko włączę komputer i wejdę na skype, poczekaj momencik. - wstałam z łóżka i niemal potykając się o śpiącą na podłodze Lunę ruszyłam przed siebie. Na szczęście ciche przekleństwo i wzmożony tupot stup wokół jej ciała nie wyrwał jej z błogiego stanu.
- Co się dzieje? - wychrypiał Nick, słysząc jakiś harmider.
- Nic, nic Po prostu mój pies postanowił zdrzemnąć się na środku podłogi w moim pokoju i prawie na niego wpadłam.
- Uważaj na siebie. - uśmiechnęłam się, słysząc nutę rozbawienia w tych słowach.
- Zawsze. - zwinnym, jak na mnie, ruchem wpełzłam całym ciałem na fotel stojący przy biurku i nadal ze słuchawką przy uchu czekałam aż cały mój sprzęt zostanie w pełni uruchomiony. Potem szybkie logowanie i...
- Nick, już jestem. Możesz dzwonić. - przeczesałam dłonią niesforną grzywkę. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak okropnie wyglądam. Włosy puszystymi falami spadały na ramiona, by na końcu skręcić się w grube strąki, resztki makijażu rozmazane na twarzy, blada skóra... Czegóż mogłam się spodziewać po własnym ciele w dniu, w którym wyszłam ze szpitala. Niestety spodziewałam się więcej po nim w dniu, w którym Nick miałby zobaczyć mnie po raz pierwszy. Nerwowym kliknięciem myszy odebrałam połączenie.
Widząc na ekranie własną twarz wzdrygnęłam się. Naprawdę było aż tak źle?
- Och Jane... Jesteś jeszcze piękniejsza, niż w mojej wyobraźni. - uśmiechnęłam się drwiąco słysząc te słowa, przywołałam się jednak szybko do porządku, zwróciwszy uwagę na jego obecny stan psychiczny. Po prostu potrzebował czyjejś obecności, pomocy i plótł dziwne rzeczy.
- Cześć Nick. - pomachałam dłonią przed kamerą, odkładając wcześniej telefon na biurko. - Wolałabym wyglądać inaczej w chwili, gdy mnie poznasz, ale może to i lepiej, że widzisz mnie taką. - smutny grymas zawitał na mojej twarzy.
- Jesteś wspaniała. Idealna. - westchnął przeciągle, po czym wziął głęboki wdech. - Powiedz, że jesteś moja. Prosze, powiedz to... - Boże, jak bardzo ten człowiek potrzebował bliskości innego człowieka. Jak bardzo musiał zostać skrzywdzony i odseparowany od innych ludzi, że ta potrzeba doprowadziła go do tego stanu?
- To oczywiste, że jestem. Słyszysz? Jestem twoja, Nick. Zawsze. - kolejne "puste słowa", które tak naprawdę dla mnie samej miały olbrzymie znaczenie.
- Przepraszam, że nie mogę ci się pokazać... Na prawdę nie mogę. Nie w takim stanie... Wybacz mi, Jane.- zaszlochał żałośnie, niczym mały chłopiec.
- Dobrze wiesz, że nie musisz tego robić. Poprosiłeś mnie o to i się zgodziłam, ale to nie znaczy, że licze na rewanż. Wiem, że zrobisz to, kiedy będziesz gotowy. Nie mam zamiaru cię pośpieszać ani nic z tych rzeczy. Poza ty twój wygląd nie ma dla mnie znaczenia. Jesteś wspaniałym człowiekiem o dobrym sercu i to się liczy. - uśmiechnęłam się, z przenikliwością patrząc w kamerę, tak, jak chciałabym spojrzeć w jego oczy.
- Nie zasłużyłem na ciebie... - jęknął ochryple. - Dziękuję że jesteś ze mną. Teraz, kiedy nie ma już nikogo. Kiedy siedzę jak ostatnia ciota w kącie i ryczę, bo nie radzę sobie z niczym. Dziękuję. - pociągnął donośnie nosem, przesuwając ze zgrzytem coś w swoim otoczeniu. - Moje życie to jakaś chora manipulacja. Nie mam nad niczym kontroli. Każdy chce decydować za mnie, co jest dla mnie dobre, a tak naprawdę oni wszyscy chuj wiedzą. A cala reszta, która wie o mnie jeszcze mniej, stawia mnie na piedestale, uważając za kogoś kim nie jestem, przypisując cudze zasługi i chore wymagania. - chrypiał przez łzy, wylewając z siebie coraz więcej żali. - Dlaczego nie mogę być normalny? Mieć normalnego życia, znajomych, rodziny... Nigdy się z tym nie pogodzę. Zrobili z mojego ciała marionetkę, towar na sprzedaż i pożywkę dla mediów. Boże, czym sobie na to zasłużyłem? Co tak złego zrobiłem, że spotyka mnie taka kara. Wiesz jak to jest, Jane? Jak to jest, gdy nie możesz wyjść spokojnie z domu. Nie możesz uśmiechnąć się do byle kogo, nie możesz oddychać bez pozwolenia.... Oni chcą przejąć całkowitą kontrolę nade mną i nie mogę nic z tym zrobić. Albo się zgodzę, albo mnie zniszczą...
- Nick, o czym ty mówisz? Przecież to... to powinno być niezgodne z prawem. Jak... do tego doszło? Umknął mi chyba jakiś spory fragment całości. - przerwałam mu na moment, nie do końca orientując się w znaczeniu jego słów, ale jednego byłam pewna: Nick Greena nie jest osobą, za którą się podawał.
- Najbardziej nienawidzę tego, co stało się ze mną. - nie zważając na moje pytania kontynuował, jak w transie wyrzucając z siebie cały ból, złość, gorycz... - Poddałem się. Już dawno temu. - przerwał na moment, targany zbyt wielkimi emocjami. - Ja... Jezu, ja próbowałem ze sobą skończyć. Nie raz, nie dwa... - zamknęłam oczy, pozwalając łzom ściekać po moich policzkach. - Jedynym sposobem, by oderwać się choć na moment od bólu duszy, jest dla mnie ból ciała... Przez kilka pierwszych miesięcy się ciąłem, ale... Oni. Oni się dowiedzieli. Powiedzieli, że jeśli nie przestanę, zniszczą mnie. Co mogłem zrobić? Gdybym przestał, zniszczyłbym sam siebie, co byłoby jeszcze gorsze. Co mogłem zrobić? - powtórzył pytanie, przez co odpowiedziałam mu szeptem.
- Zgłosić się po pomoc, do kogokolwiek, gdziekolwiek... - brzmiało to bardziej jak cichy jęk.
- Robiłem to. Wielokrotnie, ale nikt nie chciał słuchać. Moja własna matka uznała, że dramatyzuję. MOJA WŁASNA MATKA DO CHOLERY JASNEJ! Wtedy się poddałem. Uznałem, że lepiej udawać, że jest dobrze, niż zadręczać kogokolwiek własnymi problemami. Na początku było strasznie, ale teraz... teraz umiem już nie okazywać prawdziwych uczuć i grać przed publiką. Ale jak miałem poradzić sobie z bólem? Nadal radzę sobie w ten sam sposób, zadając sobie inny ból, ale w taki sposób, by nikt się nie zorientował.
- Jak to? - szepnęłam, mając w głowie miliony czarnych scenariuszy.
- Mówiłem ci kiedyś o swoich tatuażach, prawda? Każdy z nich ma jakieś znaczenie, wielką wartość, ale wszystkie powstały po to, by sprawić ból, a każdy symbol przypomina mi, co doprowadziło mnie ponownie do takiego stanu. Chyba rok temu...-zamyślił się na moment. - Tak, rok temu myślałem że to już koniec. Że nic nie jest w stanie mnie złamać. Że więcej tego nie zrobię, ale...
- Czy zawsze jest jakieś ale? - wyszeptałam zza dłoni zasłaniającej usta.
- Nie pytaj mnie, Jane. Pytaj tych, którzy mnie do tego doprowadzili. Ostatni raz ból zadałem sobie, chcąc podsumować wszystkie te okropne sprawy. Spójrz. - ekran przed moimi oczami rozbłysnął i znów miałam przed oczami to ramię, które widziałam wtedy, na początku. Jak dobrze znałam tą część ciała, jak wiele razy nawiedzała mnie w snach...? Tym razem była pokryta większą ilością czarnych plam. Mniejszych, większych, o różnych kształtach. Po kilku sekundach obraz przesunął się na klatkę piersiową, chłopak uniósł się nieco na krześle i podciągnął białą koszulkę do góry. Moim oczom ukazał się wielki, piękny motyl zdobiący jego wspaniale wyrzeźbioną klatkę piersiową.
- Butterfly project. - szepnęliśmy oboje równocześnie, głosami pełnymi przejęcia, z tym, że w moich słowach było słychać pytanie, w jego zaś stwierdzenie. - O Boże. - jęknęłam.
- Widzę, że coś o tym wiesz... To chyba dobrze. On miał symbolizować koniec pewnego okresu w moim życiu. Och, jakże się wtedy myliłem... Od tego czasu doszło ich jeszcze kilka. - w trakcie jego wypowiedzi obraz powrócił do dawnego stanu. Wyłączył kamerę. - Więc mój motyl zginął, a wraz z nim moje marzenia, moje cele... cała moja dusza. Nie mogę już udawać, że nic sie nie stało, że wciąż jestem taki sam... Nic, poza moim ciałem już nie ma. Oni mają swoją marionetkę, której pragnęli.
- Nick, ja... ja nie wiem co powiedzieć. Chciałabym przejąć na siebie choć połowę twojego bólu...
- Nie Jane. Nigdy bym do tego nie dopuścił. Po prostu przy mnie bądź, kiedy nie ma już nikogo... - zaniósł się płaczem, a ja tak bardzo chciałam go w tym momencie przytulić, ukoić jego ból i otrzeć łzy. To jedyne, czego właśnie pragnęłam.

sobota, 15 lutego 2014

Część 8

Według sondy po prawej stronie "Logout" czyta ok. 70-80 osób, a komentarzy jest tak mało, że naprawdę jest mi przykro. 
Jesteśmy już blisko poznania prawdy o Harrym z tego opowiadania. Nie jego tożsamości, ale prawdy o nim jako o człowieku... 

-Cześć Nick. - powitałam go nieco zachrypniętym głosem. - A może Harry? - uniosłam do góry jedną brew, żałując, że on nie może tego zobaczyć. Może dzięki temu dowiem się o nim czegoś więcej? Jakby nie patrzeć, wciąż pozostawał dla mnie tajemnicą. Pytanie tylko, czy chcę wiedzieć jaka prawda się za nią kryje? Zaryzykuję.
- Jak to "Harry"? - zapytał nerwowym głosem. Zbyt nerwowym. - Dlaczego miałbym się tak nazywać? - tym razem wydawało mi się, że kontroluje głos i emocje w nim zawarte. Czyżbym serio trafiła w jakieś małe kłamstewko? Jeśli tak, to czy były jeszcze inne? Ile? Te pytania krążyły po mojej głowie, pozostawiając po sobie wrażenie dudnienia w uszach.
- Słyszałam kiedyś, gdy rozmawialiśmy, że ktoś się tak do ciebie zwrócił. Jestem pewna, że to było do ciebie. Poza tym od razu się rozłączyłeś, jakbyś nie chciał, żebym to usłyszała. -
- Och, to nie tak... - westchnął ciężko. - Nie mam przed tobą tajemnic, naprawdę. Po prostu to był mój brat i on lubi czasem palnąć jakieś głupstwo. Nie chciałem, żebyś coś sobie pomyślała. A Harry to... To moje drugie imię. Właściwie miałem nazywać się Harry Nick, ale komuś się pomieszało i wyszło na odwrót. Wiele osób zwraca się do mnie drugim imieniem. Nie myślałem, że to na tyle ważne, by o tym wspominać, ale żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłem. Przynajmniej nie byłoby całej tej sytuacji. Przepraszam Jane.
- Nie przepraszaj, po prostu zawsze bądź ze mną szczery, ok? Nie zniosłabym kłamstwa. - uśmiechnęłam się delikatnie, czując ulgę jaką przyniosła prawda.
- Oczywiście, Jane. Oczywiście. - wyszeptał niepewnie. Czyżby jego też to przytłoczyło. - A teraz powiedz mi, dlaczego nie odbierałaś?
- Powiedz my że nie byłam w stanie. - przygryzłam wargę, zastanawiając się nad doborem słów.
- Jak to? - idę o zakład, że w tym momencie na jego czole pojawiła się jedna wielka zmarszczka. A może nie? Nie mogę przecież być pewna takich rzeczy.
- Jestem w szpitalu Nick. - modliłam się w duchu, żeby jednak nie usłyszał moich słów. Nie chciałam o tym mówić, a przecież nie będę kłamać. Nie w jego przypadku.
- Mój Boże, Jane, co się stało? W jakim jesteś szpitalu, w jakim mieście?! Jeśli chcesz, to ja mogę przylecieć. Wiem, że to chwilę potrwa, ale będę mógł być przy tobie.
- Nie Nick, przestań. Nawet o tym nie myśl. Nic się nie stało. To znaczy... Nie stało się samo. To ja... Ja to zrobiłam... No wiesz. - jęknęłam, wycierając wolną dłonią łzy spływające już po moich policzkach.
- W jakim jesteś szpitalu? - zapytał po chwili ponownie.
- Ale obiecaj, że nie przyjedziesz. Nie chcę i nie mogę narażać cię na takie koszty.
- Nie mogę, Jane. Nie mogłem być przy tobie wtedy, więc chcę być chociaż teraz. Pozwól mi...
- Nie mogę. Obiecaj mi, że nie przyjedziesz.
- Obiecuję, ale powiedz w której placówce jesteś.
- Szpital Taranaki w New Plymouth*, zadowolony? - westchnęłam bezradnie.
-  Bardzo. - jego głos brzmiał chyba nawet wesoło. - A teraz idź, odpoczywaj. W Nowej Zelandii jest chyba środek nocy, prawda? Hm, nigdy nie byłem dobry z geografii.
-Tak, tak, jest noc. - zaśmiałam się cicho. - Ale nie jestem zmęczona. Trochę słaba i obolała, ale nie zmęczona. Obudziłam się jakąś godzinę temu.
- Nie ważne. Myślę, że potrzebujesz teraz więcej snu niż zazwyczaj.
- Niech ci będzie. - ręką zakryłam usta, chcąc powstrzymać ziewnięcie. - Dobranoc Nick.
- Dobranoc śpiąca królewno. - zaśmiał się, najwyraźniej słysząc jak ziewam. - Zadzwonię jutro. -słysząc te słowa rozłączyłam się. Na moich ustach mimowolnie malował się całkiem szeroki uśmiech, co było czymś...nowym.
Wyłączając telefon, niechętnie skierowałam się z powrotem do swojej sali. Szarość szpitalnego korytarza wcale niebyła w stanie stłumić mojej nieoczekiwanej radości, co z jednej strony cieszyło mnie jeszcze bardziej, z drugiej zaś nieco niepokoiło. Czyżby coś się zmieniło? Owszem, upewniłam się, że Nick jest w stosunku do mnie szczery, ale chyba nigdy nie będę mogła mieć stuprocentowej pewności. Cóż, na chwilę obecną musi mi wystarczyć jego słowo. Oby mnie nie zawiódł.
Z głową przepełnioną takimi myślami położyłam się ponownie na niewygodnym łóżku i przykryłam cienką kołdrą. Wbrew pozorom musiałam być mocno zmęczona, ponieważ zasypianie nie zajęło mi nawet dziesięciu minut.

Po wypisaniu ze szpitala uparłam się, że do domu dotrzeć chcę pieszo, a nie wraz z rodzicami, samochodem. Lubiłam spacery po mieście, nawet gdy temperatura była dość niska, nawet jak na zimowe, czerwcowe przedpołudnie. Przyciskając do piersi całkiem spory bukiet białych róż, wśród których kontrastowała jedna czerwona, nieco większa od pozostałych, po raz kolejny zaciągnęłam się ich zapachem, uważając przy tym, by nie zderzyć się z innymi przechodniami. Na przejściu dla pieszych pomyślałam, że zaraz po powrocie do domu powinnam zadzwonić do Nicka i podziękować mu za ten piękny prezent. Choć róże nie były moimi ulubionymi roślinami i uważałam je za nieco zbyt przereklamowane, to nikt nigdy nie podarował mi kwiatów i byłabym równie uradowana, gdybym dostała wiązankę polnych mleczy.
Zaśmiałam się w duchu, mając przed oczami reakcję rodziców na wieść, że w szpitalu pojawił się kurier z przesyłką dla ich córki. O ile to wywołało u nich zdziwienie, fakt, że ową przesyłką jest bukiet kwiatów i to nie byle jakich, wprawił ich w osłupienie. Sama początkowo zaniemówiłam, jednak po chwili zastanowienia zdałam sobie sprawę, że tylko jedna osoba mogła to zrobić. Na pytania rodziców odpowiedziałam kłamliwie, że nie mam pojęcia nim mógłby być nadawca, zasugerowałam jednak, że może to jakaś koleżanka ze szkoły i na szczęście uwierzyli. Chichocząc pod nosem przyśpieszyłam nieco kroku. Byłam już na swojej ulicy i z daleka widziałam okna salonu, w którym, jak wywnioskowałam po cieniach przecinających je raz po raz, krążyła minimum jedna osoba. No tak, rodzice zdążyli już dawno dotrzeć na miejsce. Coś zmieniło się w ich zachowaniu w stosunki do mnie i było dość irytujące.
Nie grzebiąc głębiej w swojej podstępnej psychice po chichu wślizgnęłam się do domu i krzycząc tylko w progu skromne powitanie, przemknęłam do swojej sypialni. Tam, siadając na moim wspaniałym, wygodnym łóżku, za którym tęskniłam w szpitalu, wyjęłam z kieszeni telefon i nie czekając ani chwili dłużej, zadzwoniłam do Nicka. Jeden sygnał.... Drugi... Trzeci... Już miałam wcisnąć czerwoną słuchawkę, gdy po drugiej stronie odezwał się cichy, zachrypnięty głos. Dziwne.
- Dzień dobry panie Greena! - powiedziałam radośnie. - Dziękuję bardzo za kwiaty. Nie musiałeś, ale są piękne... - westchnęłam ponownie, nadal czując w nozdrzach ich zapach, chociaż zostawiłam je na drugim końcu pokoju.
- Cieszę się, że ci się podobają. - odpowiedział smutno, nadal przybitym tonem.
- Hej, co się dzieje? - teraz byłam już zaniepokojona i to nie na żarty.
- Nic. Wszystko... Sam nie wiem, ale nie martw się. Nie teraz, po tym wszystkim.
- Nie Nick. Przyjaźnimy się i przejdziemy przez to razem, rozumiesz? Zaufaj mi, tak jak ja zaufałam tobie. Co się dzieje? - zapytałam ponownie, głosem nieznoszącym sprzeciwu, równocześnie jednak ostrożnym i czułym.
- Nie dam tak dłużej rady, Jane. Już nie. - głos załamał mu się, gdy wypowiadał drugie zdanie, po czym słyszałam jak odkłada gdzieś telefon, nie rozłączając się. Nie mogłam znieść tego, że Nick, mój wspaniały, zawsze wesoły i potrafiący wyjść z każdej sytuacji Nick płacze. Wewnętrznie czułam jeszcze większy ból, niż gdy inni, gdy całe moje otoczenie wyrządzało krzywkę mnie. W tej chwili przyjęłabym na siebie wszystkie zgryzoty, na jakie tylko było stać moich rówieśników, w zamian za uśmierzenie bólu chłopaka, który w ostatnim czasie stał się dla mnie całym światem.
________________
 *Taranaki Base Hospital in New Plymouth. - nazwa autentyczna, naszukałam się trochę, ale nie do końca jestem pewna, jak to przełożyć na język polski.  :)